![]() |
||||
|
Szukaliśmy tego samego, ale nie szukaliśmy tego razem. Byliśmy razem w smutku. Teraz, po pięciu latach, on się żeni a więc ma swoje szczęśliwe zakończenie. Ja jestem na jego weselu - sama. Jak mnie wywalili z pracy (najpierw moją szefową, potem mnie) przez kilka miesięcy snułam się po mieście, w którym prawie nikogo nie znałam, a potem wyjechałam i zaszyłam się na strychu z pająkami. Pajęczyny mi zrobiły baldachim nad łóżkiem, tak sobie pościeliłam, tak się wysypiam. Nie znajdziesz u mnie na półce zakurzonych bibelotów, za to w głowie mam ich pełno. Wywalam bez sentymentów rzeczy i ubrania, w głowie natomiast trzymam pełno pamiątek z miejsc, które mnie wiążą z przeszłością niczym kaftan bezpieczeństwa, ograniczają swobodę, trzymają ciągle w tym samym miejscu. Moja przeszłość jest mapą symboli. To miasto jest mapą mojej małej kalwarii: Stacja pierwsza:
McDonalds na rynku (gdzie siedziałam jak nie miałam dokąd pójść) Teraz minęło pięć lat, siedzę w tym McDonaldsie, patrzę na niemieckie wycieczki. Świeci słońce. Jest lepiej niż było a było różnie, mogło mnie już nie być, ani tutaj, ani gdziekolwiek indziej. Jak już Ci powiedziałam, lubię symbole i rytuały. W tym drewnianym domu, w którym mieszkałam przez dwa lata, zostawiłam za belką taki duszoszczipatielnyj list od smutnej, biednej ja. List pożegnalny, bardzo ckliwy. Tak sobie pomyślałam, kiedy za ostatnie pieniądze ewakuowałam się stamtąd nocą przez pół Polski, że kiedyś tam wrócę, do tego epicentrum smutku. Wyjmę zza belki liścik i go spalę i to będzie mój nowy początek. Wtedy tamtego, co mnie spotkało w tym mieście, już nie będzie. A oni, wiesz, wybudowali na miejscu tego domu apartamentowiec. Stałam za ogrodzeniem, gapiłam się na balkon i zamiast Ognia Który Oczyszcza miałam łopoczące na wietrze gacie. Obróciłam się na pięcie i poszłam na pociąg. Zapałki wyrzuciłam do rzeki. Jakaś babka pyta
mnie jak dojechać do Zoo. Nie wiem, nie jestem stąd. Mówię. Nie jestem
stąd - uśmiecham się i patrzę prosto w słońce.
Idziemy w trójkę, jedno za drugim. Wysoki chłopak z długimi włosami, z czymś bardzo długim w futerale na ramieniu. Dziewczyna z czaszką na torbie i ja - paniusia, która niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wioska podwarszawska. Na słupach ogłoszenia o podatku, który należy płacić u sołtysa, psy szczekają, panowie stoją pod sklepem. Idziemy wzdłuż lasu, za szkołę, boisko i stadninę. Tam jest działka, na działce altanka. W altance pióra, dzwonki i drewniane amulety a na środku podobizna Światowida. Świętujemy wiosenne przesilenie. Mały Lucek szaleje w słońcu na trawniku. Oficjalnie ma na imię Lucjan, tak naprawdę Lucyfer. Ojciec Lucka (oficjalnie ortopeda w Wołominie) robi wszystkim zdjęcia najnowszym IPodem. Jemy krupnik z kotła, rozmawiam z fecetem w zbroi o technice walki mieczem, który stoi wbity w piasek przy ognisku (trzeba rozluźnić nadgarstek, no i tak wymachiwać - pokazuje mi nad głową). Piknik. Z boku stoją dwaj panowie ubrani na czarno - na oko członkowie Blood and Honour, słuchający narodowosocjalistycznego black metalu, przyjechali tutaj żeby odkatolicyzować Polskę - tak mówią. Jeden myje mi dłonie żelem antybakteryjnym, jest bardzo schludny, bardziej niż ja byłam kiedykolwiek. Bażanty krzyczą, Wenus i księżyc przejmują władanie nad ciemniejącym niebem. Palimy Marzannę. Stoimy w kręgu, jak zawsze i wszędzie, na wszystkich obrzędach religijnych. Płoną lampiony ze swastykami (no ale przecież wiesz, że to pogański symbol szczęścia, symbol Słońca, który miał płoszyć "złe") dzielimy się jajkami (też na pewno wiesz że to pogański zwyczaj), wszyscy są pokropieni wodą i dzielą się kołaczem (brzmi znajomo, nieprawdaż?). Na niebie błyska gwiazda. Bażanty ucichły. Jemy ciasto i pijemy słodki miód przy ognisku, wszyscy z tego samego rogu, który służy jako kielich przechodni. Facet z drewnianymi amuletami na szyi opowiada: u mnie na oknie stoi Świętowit otoczony kamiennym kręgiem - co rano mu się kłaniam, za to na półce nad łóżkiem Diabeł Boruta. Na Ścianie zachodniej papirusy z Egipskimi Bogami, na północnej Dracula prosto z Rumunii rzeźbiony w drewnie, a na wschodniej ścianie figurka egpiskiej Bogini - Bastet, która chroni dom nieprzerwanie od 2001 roku. Nie wiem, czy on tak na serio, czy te wszystkie opowieści o boskim Jaryle, młodzieńcu w białej szacie, na białym koniu, z wiankiem na głowie - czy to na serio. Ja sama czasem myślę, że łatwiej byłoby mi uwierzyć w moc sprawczą słońca, ognia i powietrza, niż w moc Boga, który dał się zabić ludziom. Boga, który był jednocześnie człowiekiem, swoim własnym ojcem i gołębicą. Wracam na stację, zapachy snują się nad polami, snują się mgły listopadowo-marcowe. W takich mgłach czekałam niedawno na pierwszy śnieg. Jest mi jednak lżej, gdy pomyślę, że teraz jestem już po drugiej stronie, że wszystko już przechylać się będzie ku słońcu.
Te zdjęcia dedykuję późnym, ciemnym powrotom, zimnej wodzie. Minionej zimie i tej piosence, która mi towarzyszyła w długich, chrzęszczących mrozem spacerach.
Stać mnie na to, żeby kochać bez wzajemności. Co mi tam. Nie będziemy się tak skrupulatnie rozliczać, coś za coś, uśmiech za uśmiech, twoje za moje. Zadośćuczynienie za starania. Przyjmiesz, to Ci to dam. Jednak ja daję to przede wszystkim sobie, miłość jest kluczem, który otwiera drzwi do ciepłego, miękkiego miejsca we mnie. Tylko ode mnie zależy, co będę miała z tego podrażnienia wyobraźni: perłę, czy ranę. Czy będę umierać przez rzeczy, na które nie mam żadego wpływu, czy nałożę sobie kaganiec oczekiwań, który mi w końcu zedrze skórę do kości. Czy pozwolę myślom fruwać swobodnie jak wstążeczki na wietrze, wirować jak kolorowy bączek. To ja decyduję, czy będę płakać, czy śpiewać (a zawsze, kiedy jestem szczęśliwa- śpiewam).
Znam takich kilku, fetyszystów książek. Traktują czytanie z nabożną czcią i urządzają sobie świątynie biblioteczek, znoszą do domu naręcza książek z dumą i pewnym poczuciem wyższości. Humaniści. Ja biblioteczki nie posiadam. Dla mnie książki to rzecz jak każda inna. Nie widzę powodów, dla których przywiązanie do książek miałoby być bardziej nobilitujące niż przywiązanie do butów, ciuchów czy porcelanowych laleczek. Patrzę na nich podejrzliwie, na tych papierowych inteligentów. Owszem ja sama żywię się książkami. Stołuję się w bibiotekach, lubię słodkie romanse i gorzkie kryminały. Z urywków rozmów w pociągu, z przypadkowo wybranych z półki książek rozwijają mi się wspaniałe historie. Zawsze, kiedy kończę jakieś szczególnie udane czytanie przytulam książkę do serca i jest mi ona bliska, żyje we mnie. Kiedyś miałam taki plan, żeby przeczytać sto książek w ciągu roku. Udało mi mi się to przy małej selekcji oczywiście (tłuste tysiącstronicowe powieści odłożyłam na później). Wiem więc jak to jest popłynąć na fali literatury i dlatego właśnie patrzę z nieufnością na moli książkowych. Mówi się, że czytanie rozwija wyobraźnię. Ale po co? Ja ją sobie tak rozwinęłam, że świat realny nie był mi potrzebny i do dzisiaj nie mogę się w nim odnaleźć. Czytanie zamknęło mnie na ludzi bo akt czytania jest zawsze samotny. Fotel i okrąg światła. Czytasz - nie wychodzisz. Czytasz - nie śmiejesz się z innymi, nie uprawiasz sportów, nie wychodzisz potańczyć, nie poznajesz siebie w zetknięciu ze światem. Czytasz - żyjesz życiem innych ludzi, co jest bardzo kuszące, kiedy twoje własne życie jest nie do zniesienia. Owszem, świata nie da się znieść na trzeźwo i trzeba się jakoś znieczulić. Znależć sobie jakiś azyl, wygodny kącik. Nie rozumiem tylko dlaczego literatura miałaby być czymś bardziej szlachetnym niż szczery śmiech z innymi i zabawa. I dlaczego zamknięcie w książce miałoby być czymś lepszym niż zamknięcie w Internecie. Ci humaniści tak płaczą nad upadkiem kontaktów międzyludzkich w sieci, ja tam myślę, że czatowanie z wirtualnymi przyjaciółmi jest jednak bardziej realne niż śledzenie przygód nieistniejących przyjaciół z książek.
Więc mówisz, że najważniejsze to być sobą. No proszę cię. Co mi tu szerzysz jakąś humanistyczną propagandę. Znam ludzi, którzy codziennie rano zszywają od nowa swoje myśli, żeby nie rozsypały się, nie rozleciały do wieczora. Składają się jak scyzoryk, w sobie. Za zamkniętymi drzwiami kołyszą się nad wyblakłymi zdjęciami i tylko forma, tylko maska trzyma ich w całości, w pionie. Nie sądzę, żebyś chciał obcować z ich prawdziwą naturą i wierz mi, jesteś prawdziwym szczęściarzem, że udają przed Tobą funkcjonujących i przystosowanych. Po co w ogóle przywiązujesz się tak bardzo do tego swojego ja, jakby to był niewiadomo jaki skarb. Takie to na serio i poważne. No proszę cię. Ja: zawsze. Ja: nigdy. Ja: grubo zarysowaną kreską. Jakby świat był zagrożeniem, przed którym należy się okopać w dobrze zdefiniowanym i wyostrzonym JA. W tej chwili, kiedy
to piszę - podejrzewam coś o sobie. Podaję Ci myśl i ubieram ją w słowa.
Poza tym - jestem bytem zmiennym i niestałym, trochę lepkim, który absorbuje
i wchodzi w reakcje. Tak wolę myśleć o sobie.
Hej mała, kto ci powiedział, że trzeba dążyć do bycia socjometryczną gwiazdą. Skąd to przekonanie, że powinnaś mieć wielu znajomych, że trzeba wychodzić co tydzień na imprezy a długie samotne spacery są dla przegranych. Kto ci wmówił, że masz być ekstrawertyczną optymistką, wiecznie uśmiechniętą przyjaciółką wszystkich. Kto powiedział, że trzeba wybić się na gwiazdę, czyli przystąpić do rywalizacji i wygrać? Rywalizacja jest narzędziem wymyślonym przez tych, którzy chcieliby stworzyć jeden homogeniczny organizm, poznawalny i sterowny. Wielcy Inżynierowie chcą, żebym udowodniła, że jestem od kogoś lepsza, a tak naprawdę znaczy to, że mam udowodnić, że jesteśmy w tym samym kręgu pragnień. Że płynę w tej samej rzece i interesują mnie te same konkurencje. Wielcy Inżynierowie wykreują mi moje marzenia, które będą polegały na tym, że chcę być lepsza od marzeń innych - mieć lepszy samochód, większe sukcesy, mądrzejsze dzieci. Mam chcieć być ładniejsza, mieć lepsze wyniki, więcej zarabiać. Wielcy Inżynierowie Pragnień nie interesują się tym, czego tak naprawdę pragnę dla siebie. Jeśli poprzestanę na mniejszym, bo mnie to zadowala i nie potrzebuję więcej i lepiej - wtedy oni już się postarają, żebym czuła się gorsza i miała niskie poczucie wartości. A wiadomo, wtedy będę mniej pewna siebie i słabsza. A ja mam jakiś ponury wyraz twarzy, lubię się zaszywać i nie mam osiągnięć towarzyskich. Zaniedbuję, lubię się snuć. Włóczę się w kaloszach po lesie. Ubieram się głównie w lumpeksach i mieszkam w ponurym mieszkaniu. Ja jestem za cudowną abnegacją.
Zaraz obok Kauflandu, gdzie robi się świąteczne zakupy, trzy minuty spaceru, kilka kroków. Opuszczone agrocentrum. Na parterze normalnie, rozkład i upadek. Pani, mogliby chociaż jakąś potańcówkę tu urządzić, a tak stoi i się marnuje - przechodzący dziadek macha ręką dodając, że za komuny wszystko było lepsze i w ogóle, dbało się. Tak więc normalnie, rozwalone cegły, żółte ściany, farba obłazi. Drzwi bez futryn. Wąskie drzwi bez futryn - za nimi hala. Wpadam w nią jak w studnię. Na wysokości trzech pięter dwa rzędy okienek, nad nimi trzepotanie gołębi, które gnieżdżą się pod sufitem. Dalej w górę, odrapane schody. Krople, kroki, mgła idzie za mną. Wszystko, z czego się śmiałam oglądając horrory w ciepłym, kolorowym pokoju, idzie za mną. Te posępne, opuszczone domy, morderstwa w deszczu, wszystkie artefakty horrorów klasy B nagle stają się niepokojąco realne. Mgła otula silosy na końcu ostatniego korytarza. Nikt by mnie tutaj nie znalazł, myślę. Nigdy. Deszcz stuka o dziurawy dach, zbiegam po schodach. Zaraz obok sklep, trzebe kupić pomarańcze i kawałek ciasta. Tamtego nie ma, kiedy odwrócę się od tego plecami, zniknie.
umęczon pod ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Odłóżmy na później plany panowania nad wszechświatem. Dzisiaj, środa, grudzień 2011: let me be weak, let me sleep and dream of sheep. Powązki, grudzień 2011 - zdjęcia
Dziękuję ci, że mogę na ciebie liczyć, kiedy potrzebuję długiego, szybkiego biegu, żeby uspokoić rozbiegane myśli. Jestem wredna, wiem, a ty i tak zawsze jesteś po mojej stronie. Nie gotuję ci, zmuszam do jedzenia jakiegoś gówna w McDonaldsie, pozbawiam snu i odpoczynku. Żadnej wdzięczności, tylko biorę i korzystam bez opamiętania, twoje potrzeby mnie nie obchodzą. Ba, długo zaprzeczałam, że w ogóle masz jakieś potrzeby, poza tym, przecież można cię tak łatwo kontrolować, nieprawdaż, więc w sumie nie masz za wiele do powiedzenia. Za to cię przepraszam. Że cię nie słuchałam, bo nie wyszło mi to na dobre. Że chciałam cię kontrolować – to było niepotrzebne, ty wiesz najlepiej, czego mi potrzeba. Że chciałam cię zmienić – tak przede wszystkim za to. Nie wiem, po co chciałam cię zmienić, przecież cię kocham takim, jakim jesteś. Kocham cię moje ciało które jesteś mną a jednocześnie tworem tajemniczym i nieznanym. Które, na przekór wszystkim – izmom, gender studies i fajerwerkom ciętej riposty pragniesz uległości i oddania. Miękkości i błyszczących cekinów i żeby wreszcie przestać gadać. Przestać gadać na miłość boską i użyć ust do czegoś innego, dla odmiany.
Jak zaczniesz oczekiwać pochwał i szybkich efektów – odpadniesz. Jeśli nie znasz swojego miejsca w szeregu – odpadniesz. Jak będziesz traktować to wszystko śmiertelnie poważnie i nie nauczysz się śmiać ze swoich błędów – odpadniesz bardzo szybko. Zastanawiające jest, że po takim doświadczeniu moja wiara w siebie nie osłabła, a wprost przeciwnie, znacznie wzrosła. Ego mi się przytępiło i już nie uwiera mnie tak bardzo. Kiedy ego nie brzęczy mi nad uchem, że mam być najlepsza, nie krzyczy, że mam domagać się względów i specjalnego traktowania, mogę słyszeć więcej. Głos rozsądku mogę słyszeć i on mi mówi, że pewność siebie nie wynika z tego, że coś robię najlepiej. On mi mówi, że mogę robić błędy – i co z tego – powtórzę dwadzieścia razy i się nauczę. A że inni nauczyli się trzy razy szybciej? A co mnie to obchodzi, to nie mój problem.
Dawno minęły już czasy, kiedy odmawiałam udziału w paintballu na imprezie integracyjnej. Tak, tak było – kiedyś byłam pacyfistką i odmawiałam udziału w strzelaniu do innych. Zostałam wtedy przy stole skubiąc chleb z ogórkiem kwaszonym. Nic innego nie było dla mnie do jedzenia, bo oprócz tego, że byłam pacyfistką byłam też wegetarianką i przez dziesięć lat mięsa do ust nie brałam. Ach, jeszcze to: byłam też niestrudzonym poszukiwaczem Prawdy, przeczytałam więcej Biblii niż niejeden ksiądz i przez dłuższy czas wierzyłam, że znalezienie prawdy jest możliwe, jeśli jej się bardzo szuka. Na szczęście mi przeszło, to wszystko mi przeszło. Pewnego dnia wróciłam z pracy (a czułam się raczej nisko) usiadłam na łóżku i pomyślałam: po jaką cholerę tkwię w tym wegetarianiźmie, po co mi to. Po tylu latach nawet nie pamiętałam, o co mi pierwotnie chodziło i chyba słabo siebie znałam, skoro wydawało mi się że odmawianie sobie kotletów i parówek pomoże mi odnaleźć harmonię i spokój. Wstałam z tego łóżka i kupiłam w najbliższym sklepie dwadzieścia deko szynki drobiowej. Szynka była raczej podła w smaku, ale poczułam się naprawdę lepiej, poczułam się wolna. Nie jest łatwo przyznać się do błądzenia, szczególnie jeśli to błądzenie ma pozory szlachetności. Nie jest łatwo zrezygnować z poczucia własnej wyjątkowości, przyznać, że ma się takie same potrzeby jak reszta stada, ba, w ogóle przyznać że jest się częścią stada a nie kimś pojedyńczym i światem samym w sobie. W szukaniu miłości i harmonii nie ma nic złego, ważne żeby usiąść czasem na tym łóżku i szczerze się zapytać: po co i czy na pewno w ten sposób.
Coś poszło nie tak i drzwi się zatrzasnęły. Powiedzmy sobie, że żadnym cudem świata nie jestem, nie pojawiły się więc zastępy królewiczy zainteresowanych uwolnieniem mnie z więzienia. Albo chociaż porządny fachowiec z dużym, sprawnie działającym kluczem, który jest dobry na zacięte zamki (można było trochę naoliwić, może by puściło). Nie było doraźnego fachowca, nie było królewicza, coś się zaczęło wykrzywiać i wyrosło dużo ostów. Mój drogi, pewnie wiesz, że cię obwąchuję, węszę jak pies, który złapał trop i obserwuję z pewnej odległości. Bo wiesz, w końcu puściło i wyszłam. W tym ogrodzie nie ma rabatek i gładkich trawników, miłych motylków na ukwieconych klombach. To mnie nudzi, wolę chwasty i krzaczory. Sadu z tobą zakładać nie będę, ale trzeba by przekopać kilka grządek, żebym mogła sobie posadzić trochę warzyw, coś zdrowego, pożywnego. Długo byłam na diecie, wyhodujmy sobie coś smacznego - jestem głodna.
Kap, kap, płyną łzy szerokim strumieniem. To Irenka znów się zakochała. Irenka ma taki dar, taki radar. Radar, który wyczuwa facetów z problemami i kieruje ją właśnie w ich stronę. Postaw ją w pokoju pełnym fajnych, normalnych facetów a ona zawsze bezbłędnie znajdzie takiego rozwalonego i właśnie w nim się zakocha. On jest taki skomplikowany, taki interesujący, taki bogaty wewnętrznie - tak myśli i fantazjuje, że będą sobie razem pląsać po umajonych łąkach, że nawiążą bliskie relacje. Tymczasem ten man jest zazwyczaj w bliskich relacjach tylko ze swoim pokręconym ego i w najlepszym przypadku znika bez słowa, jeśli nie oskubie jej na kilka stówek przy okazji. Klik, klik, pisze do mnie strasznie długie listy. Zawsze to samo o tym, że nigdy nie udało jej się nawiązać trwałej relacji. Oczywiście siebie za to obwinia, że z nią coś jest nie tak, że ona jest za mało jakaśtam albo ma za dużo czegośtam, że może jeśli miałaby coś większe albo mniejszy nos to byłaby szczęśliwa i spełniona. Detalistka. Tak bardzo skupia się na szczegółach, że nie widzi prostego faktu, że gdyby nie gustowała w facetach emocjonalnie niepewnych, to pewnie jej relacje byłyby cieplejsze. Czasem chciałabym kopnąć w dupę tego amora, co wysyła do niej swoje strzały. Dałby wreszcie dziewczynie święty spokój, ona dałaby święty spokój mi i wszyscy żylibyśmy długo i szczęśliwie.
Znam wielu takich, co by chcieli. Wyobrażają sobie to tak, że mieliby jakąś pasję, zrobiliby z tego swój zawód i nigdy nie musieliby pracować (ciągnie się to przekonanie już od czasów Konfucjusza). Są to zazwyczaj ludzie żyjący fantazją, że posiadanie pasji uchroniłoby ich od rutyny i dałoby im to coś, co jest urzekająco inne od codziennej nudy w biurze – energię, adrenalinę i przyjemność. No właśnie, tak sobie fantazjują, nie robią zaś nic. Gdyby spróbowali, to szybko by się okazało że w te cudowne korzyści wplatają się też niezbyt popularne słowa takie jak dyscyplina, skupienie, planowanie. Tak, trzeba planować, trzeba się poświęcać, swoją wygodę, wstawać rano, nie wysypiać się i jeszcze ten wysiłek, dużo wysiłku. Porażki, nieustanne próby, obolałe kolana i zapieprzanie po deszczu, pachnie się niezbyt przyjemnie a gęba jest czerwona jak burak (jeśli się akurat poszło w sport). Jacyś chętni? Istne męczeństwo. Mieć pasję to wielki przywilej, to dar, bez niej każde hobby staje się równie codzienne i jałowe jak przekładanie papierów w korporacji. Pasji, podobnie jak wiary, nie da się nauczyć, wyćwiczyć, przekonać się do niej. To się po prostu dzieje. Działa wtedy, gdy umie się utrzymać równowagę między marzeniami i planowaniem. Marzenia są iluminacją, planowanie – implementacją. Marzenia to emocje: lęk, zazdrość, radość, wyobraźnia. Nieskończone ogrody wyobraźni, które rodzą nieskończenie liczne owoce. Planowanie pozwala zebrać te owoce i coś z nich zrobić, jakiś przyjemny koktajl słowny, jakiś artystyczny wypiek (jeśli się akurat poszło w kreowanie i twórczość).
Przychodzi do mnie Irenka i się biedactwo skarży, że żaden facet nie chce z nią nic, nawet po kilku piwach. Teraz mi się skarży a jak jej mówiłam, żeby nałożyła obcasy to powiedziała że to niewygodne i że nie będzie nosić miniówek bo ma grube nogi. Zwariować można z tymi babami. Zawsze była taka święta, że nawet radio Maryja nie miałoby się do czego przyczepić a teraz proszę. Biedna mała stwierdziła, że pewna doza upodlenia się jest czymś niezwykle pociągającym a bycie porządną to nudziarstwo i koleiny. Mówię Ci, nigdy nie wierz kobiecie, która twierdzi, że chce być postrzegana jako osobowość a nie interesuje jej bycie soczystym kąskiem. No bo ona zawsze taka była, taka samowystarczalna, no super, tylko nie uchroniło to jej od cudownej kobiecej niekonsekwencji szukania winy w sobie tam, gdzie nie ma żadnej winy, jest tylko akcja i interakcja. Zbiera się to, co się posieje a ciepłych bułeczek nie będzie, jak się swój piec wygasi. No tak, co ja mogę. Ja się na tym nie znam. Chyba ją zaprowadzę do sklepu z bielizną, niech sobie koronkowe stringi kupi i przestanie wreszcie biadolić że żaden facet na niej oka nie zawiesi.
Rozgniataj, gryź i liż. Wilgotne i słodkie jest serce owocu.
Trzydziesty trzeci maraton warszawski, mój drugi. Sto dwadzieścia trzy piosenki w odtwarzaczu, pięć tysięcy biegnących, czterdzieści dwa kilometry sto dziewięćdziesiąt pięć metrów. Dla tych ostatnich stu dziewięćdziesięciu pięciu metrów warto jest pobiec pozostałe czterdzieści dwa tysiące. Warto to poczuć, szczęście w czystej postaci, nie pamiętam dokładnie, chyba coś wtedy z tego szczęścia krzyczałam, chyba jakieś obelżywe wyrazy że .... nie wierzę że to już ta..... meta do... .... chyba zaraz ...... zejdę, nie no ..... naprawdę się udało...... Na pewno było wiele powtórzeń ogólnie znanego wyrazu na k. Lekcja
pierwsza: Krzyk Chwila zaś prowadzi do lekcji drugiej: Cierpliwości Cierpliwością można zdziałać o wiele więcej niż wybitnymi zdolnościami, tak myślę. Cel można też osiągnąć powoli, po trochu, od flagi do flagi. Nawet jeśli zajmie mi to dwa razy dłużej niż prawdziwym biegaczom, to przecież wszyscy dostajemy ten sam medal. Cierpliwość, bliska kuzynka pokory, nie wymaga myślenia o niewyobrażalnie dalekim celu, kiedy mam ochotę ochotę tylko zwinąć się w kulkę i potoczyć się po rozgrzanym asfalcie. Cierpliwość pozwala walczyć. I to jest właśnie lekcja trzecia: Walka na mojej playliście wygląda to mniej więcej tak: dziewiąty
kilometr: ... I'm easy, I'm easy like Sunday morning... i tak przez następne dwadzieścia kilometrów, ta walka o przetrwanie. Nie powiedziałabym, że moim marzeniem jest totalnie się upodlić i żygać po trenigu ze zmęczenia, że ból mnie uszlachetnia i czuję się spełniona tylko kiedy nawalają mi kolana i nie dam rady zejść samodzielnie po schodach. Ale tutaj, wiesz, w takim biegu, między startem a metą, nic się innego nie liczy oprócz walki, żadne tam układy towarzyskie, praca, rodzina, projekty. Walka to rekolekcje duszy. Takie zlimitowanie się do podstawowego, fizjologicznego funkcjonowania odświeża i odrywa od wszelkiej niepewności i błądzenia. Od domysłów i miliona możliwych interpretacji wszystkiego. Tutaj jest droga, jest meta, jasno określony, prosty cel i chociaż raz naprawdę można wiedzieć dokąd się zmierza i po co. Walka prowadzi więc do wiedzy. Lekcja czwarta: Wiedza Wiem, że lubię biegać. Maraton to korona dla takiej osoby jak ja, biegającej rekreacyjnie po lesie, bez stopera, bez pulsometra i takich tam, specjalnych planów treningowych. Po pierwszym maratonie przysięgałam, że nigdy już nie będę biegać, ale po co te nerwy. Mogę dalej sobie pomykać między brzózkami, mogę robić też jakieś wyczerpujące interwały i urwać następnym razem jakieś pół godziny. Wiem, że mogę, wiem, że nie muszę. Wiem, że mogę wybierać.
Codziennie wieczorem wyprowadzam moje myśli na spacer po tym eleganckim podmiejskim osiedlu. Domy, ogrody. Szemrzący strumyk. Szumiące drzewa. Szczekające psy. Teraz
moje myśli idą ze mą jak grzeczniutkie pudelki na smyczy i naprawdę trzeba
było wielu lekcji poskramiania, żeby przestały skakać do gardła niczym
wściekłe bullteriery. Myślom trzeba pozwolić się wybiegać, uwolnić je
od cenzury i obowiązku. Myślom trzeba dać wiele swobody, a przede wszystkim
trzeba głaskać, głaskać, trzeba być dla nich dobrym. Akceptować, doceniać,
często chwalić. Oswajać je miłością, nie kontrolą. Wtedy myśli ułożą się
na progu nocy i będą grzały, poduszka będzie miękka a żaden skowyt nie
zakłóci nocnego odpoczynku.
Perfekcyjna Pani Domu jest najwierniejszym apostołem ładu i porządku. Ład i porządek natomiast są zaprzeczeniem natury, która jest rozpadem i gniciem. Pani Domu nie lubi rozpadu i gnicia, nie lubi chaosu. Ona rządzi i dzieli, przydziela rzeczom ich miejsce, stwarza struktury i organizuje. Ona swoją krzątaniną przechyla wagę w kierunku zagrabionego podwórka, przystrzyżonej trawy i zadbanych krzewów. Cywilizacji. Przewagę efemeryczną, wystarczy chwila nieuwagi, żeby pajęczyny zasnuły salon, kwietne rabatki zarosły chwastami a cud rezydencja zmieniła się w malownicze ruiny. Nie powiem, ja też czasem lubię mieć "ładnie w kuchni i łazience", bez przesady jednak. Szanowne Panie, to się tak zaczyna, codzienne odkurzanie, ścieranie kurzy a potem to już tylko szerokie spektrum zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Nerwica, panie, osobowość anankastyczna, perfekcjonizm i inne takie tam, jednostki chorobowe. Łatwo się zarazić lękiem przed brudem szczególnie jeśli porządek ma być sposobem na zorganizowanie tego, co jest osobliwe i niepoznane, barykadą lęku przed sobą samym i chaosem w sobie. Perfekcyjna Pani Domu życie ma kolorowe. Różnobarwne gąbki do naczyń, słonecznie żółte rękawiczki, pomarańczowy mop. Fascynują mnie artykuły gospodarstwa domowego ich kolory i faktura, nawet jeśli nie fascynuje mnie ich pierwotne przeznaczenie. Czymże jednak jest pierwotne przeznaczenie rzeczy? Umową, którą z nikim nie podpisywałam. Perfekcyjna Pani Domu - akcesoria dla laików, zdjęcia
Nihil novi sub sole, taka impreza z dużym piwem w towarzystwie. Się gada, się pije w Czarnym Motylu na Ząbkowskiej, korona ani wianek nikomu tu z głowy nie spadnie. Tymczasem przedtem, w prześwicie bramy - nawet nie minutę, tyle co rzut okiem i odbicie - coś mi się zalęgło w wyobraźni. Trochę drażni jak piasek w bucie, uwiera, kiedy kładę się spać. Rośnie. Matka Boska Kamieniczna chroni domów na Ząbkowskiej i Targowej. Jakże przejmujące są te prezbiteria - jedyne plamy zieleni podwórkowej do których idzie się przez kruchty bram z odpadającym tynkiem. Malowniczo marszczą się girlandy farby pod krużgankami balkonów. Kadzidła kuchenne wypełniają nawę podwórka - Sacrum na Pradze pachnie schabowymi i gulaszem. Dzieciaki biegają, suszy się pranie, plastikowe kwiaty wystawiają twarz ku słońcu. Bliski mojemu sercu śmietnik wielkomiejski - poeta śmietników jest bliżej prawdy niż poeta chmur. Nie o to bowiem chodzi, żeby było ładnie w to południe czerwcowe. Nie o to chodzi, żeby wznieść się ku niebu na wyniosłej metafizyce katedr. Galeria: Brzeska-Targowa-Ząbkowska - czerwiec 2011
To, że w trzy dni się pakujesz i możesz się przenieść pięćset kilometrów do innego miasta to nie jest wolność. To ucieczka. To, że nie sprzątasz, rozwalasz ubrania po podłodze i nie myjesz garów, to nie jest wolność. To lenistwo. To, że wybierasz ten napój z kilku słodzonych napojów typu cola to nie jest wolność wyboru. To reklama. To, że unikasz związków i kompromisów to nie jest wolność i oznaka twojej siły. I wcale nie jesteś żadnym wilkiem stepowym. To lęk przed bliskością. Nerwica. Emojonalna niedojrzałość. Śmiej się z tych, którzy mówią, że w życiu trzeba być przede wszystkim wolnym. My się śmiejemy. Masz święte prawo do ucieczki i lęków - my dajemy sobie to dego prawo. Chcesz rady? U nas jej nie dostaniesz. Nie wiesz co robić? U nas się tego nie dowiesz. My ci powiemy, że najpierw trzeba nazwać rzeczy po imieniu, trzeba zedrzeć warstwy farby położonej po to, żeby ładnie wyglądało, pozbawić się wysokich określeń, przyjętych, żeby ładnie brzmiało. Najpierw odrzemy Cię z wszelkiej wolności, rozbierzemy na części. Potem możesz je wyczyścić i zbudować się na nowo. Może też zostać jak jest. W końcu nie znam ani jednej osoby, która byłaby szczęśliwa żyjąc emocjami. Można więc powiedzieć że to całe terapeutyczne gadanie to tylko taka humanistyczna propaganda.
Znowu czytam. Zrobiłam sobie półroczną przerwę na uruchomienie własnej wyobraźni, bo przedtem czytałam nałogowo i nie miałam miejsca na własne myśli. Nie brakowało mi tego aż tak bardzo, naprawdę można świetnie żyć bez książek. Dowiedziałam się w czasie abstynencji wielu interesujących rzeczy o życiu z gazet kolorowych, które czytywałam pod kotleta, no i uniknęłam noszenia tych ciężkich toreb z książkami tam i z powrotem do biblioteki. Teraz znowu czytam, staram się dawkować literaturę, żeby znowu nie popłynąć w zarywanie nocy i być cały czas jakby na niedosycie. Kiedy mam na to czas? Nie wiem, robię to w międzyczasie - międzyczas jest miarą bardzo pojemną, ale niestety zazwyczaj niewykorzystaną. Czytam wszędzie: w pociągu, w kolejce, w poczekalni, w parku przed treningiem, w autobusie po treningu. Przedtem zapisywałam swoje przemyślenia i chowałam do pudełka po butach, teraz zrobiłam link i proszę - jest czytelnia.
A ja tam lubię tłumy. Odkąd znalazłam pewną równowagę między kontaktem z ludźmi a kontaktem z samą sobą, moje upodobania stały się bardziej egalitarne. Nie jestem już taka przekonana, że samotne błądzenie po nocnych ulicach zasypanych śniegiem jest najbardziej satysfakcjonującym sposobem spędzania wolnego czasu. Nie kręcę nosem na tłumy w galeriach handlowych i nie chcę uciekać jak najszybciej do lasu albo na inne łono natury, bo boli mnie głowa, bo czuję się zagubiona i rozbita. Lubię jak opływa mnie ławica ludzi, patrzę, obserwuję, pozwalam na to, żeby mnie niosła. Jest energia w zbiorach ludzkich. Po raz pierwszy to poczułam na biegu miejskim, kiedy moje wcześniejsze truchtanie po lasku zostało odbite i wzmocnione tupotem tysięcy stóp. Bycie w czymś razem, nowe i mocne doznanie płynięcia rzeką czerwonych koszulek, energia która spaja i tworzy, tylko tu i teraz, tylko tą chwilę, nadając jej nową formę. Jest też energia w zbiorach rzeczy. Rzeczy odziaływują na siebie, tworząc nowe znaczenia, powstałe przez przypadkowe zderzenia i odbicia. Rzuciłam na stół naręcze pasków w paski i sfotografowałam je. Są TUTAJ. Coś się między nimi zadziało, domowa fabryczka efemerycznych konfiguracji coś znowu wyprodukowała.
Dużym nadużyciem jest stwierdzenie "co nas nie zabije to nas wzmocni". Powiedziałabym raczej, że co nas nie zabije, to nas zmieni. Zazwyczaj wytrąci z równowagi. To promienna głupota twierdzić, że po kopniaku otrząsnę się jak pies po deszczu i będę chciała jeszcze więcej i jeszcze szybciej. Niekoniecznie. Wszystko da się pozszywać, ale blizny pozostaną i na nich będę się potykać przy byle okazji, a na to co się raz popsuło, nikt nie da mi już gwarancji. Pewnie, że wolałabym mieć do wszystkiego przypisy i objaśnienia, ale uczę się zgadzać się na to, że mogę nie wiedzieć po co i dlaczego dzieją mi się różne rzeczy. Jeśli nie wiem, sama mogę zdecydować co chcę z nich zrobić, jak chcę o nich myśleć, biorę je i robię z nich coś dla siebie. Doszukiwanie się metafizycznych przesłanek jest raczej na wyrost w interpretacji banalnych, niepotrzebnych sytuacji i niepotrzebnych rzeczy. One po prostu nie mają sensu, ale jak się na nie popatrzy dłużej, to zazwyczaj można coś z nich zrobić, coś kolorowego, coś miłego. Tak jak z niewiadomego przeznaczenia silikonowych magic bands, które zauważyłam na półce w Empiku. Są tak bezsensowne, że po prostu musiałam je usprawiedliwić przez zrobienie im kilku zdjęć na czarnym kartonie - są podlinkowane TUTAJ.
Improwizacja. Mieszam, rozgniatam, podgrzewam. Rozgniatam lekko zmrożone truskawki, sok ścieka mi po palcach. Moje dłonie pachną wiśniowym tymbarkiem, goździkiem i delikatnie pieprzem. Plan był inny. Owszem, chciałam zrobić zdjęcia galaretek w cukrze, ale kupnych. Pewna Osoba powiedziała mi (a właściwie to był tylko taki żart), że sama powinnam zrobić sobie galaretki. Myślałam o tym na spacerze pod górę i w dół (zbiórka o szóstej 45, przy recepcji) i w pociągu na bardzo długiej trasie Katowice - Warszawa Wschodnia, a potem sama sobie zrobiłam, ze zwykłych rzeczy ze sklepu osiedlowego i tego, co miałam już w domu: niebieską
z Powerade, do tego goździki i cukier gruba rafinada,
Jakaś zapomniana główka czosnku objawiła mi się w lodówce, gdzie znalazłam ją interesująco pomarszczoną, z odrostami, pokrytą szeleszczącą, sztywną skórką, delikatnie prążkowaną. Spód miała trochę podobny do małego słonecznika, suchego i zdrewniałego. Po zrobieniu sekcji żyletką okazało się jednak, że w środku ma takie zielone, takie zarodki nowego, że jest życie i że życie jest malownicze. Ten drugi, made in China, kupiony do kompletu w miejscowym warzywniaku - ten był bardziej różowy, z białą, łykowatą gałązką wychodzącą z cienia pośrodku. Po obraniu z warstwy ochronnej gładki w dotyku i intensywny. Biały, delikatnie zaróżowiony. Doskonały. Zdjęcia były robione jak zwykle na obszczerbionym parapecie w moim pokoju (zrobiłam na nim dużo makaronu i hariboland), na kolorowych kartkach z bloku rysunkowego. Tym razem włożyłam zdjęcia do prostego szablonu bez żadnych latających, migających przycisków. Trochę zmodyfikowałam tagi, żeby nie pokazywały się nazwy plików i miniaturki były większe niż oryginalnie. Bardzo mi się ten szablon spodobał i na pewno go jeszcze kiedyś wykorzystam. www.aniapia.pl/czosnek/index.html
Wcale nie było łatwo z tym żelastwem. Przede wszystkim pomysł wstawienia statywu pod stolik ze szklanym blatem i robienia zdjęć od dołu rozbił się na za krótkich nogach stołowych (a może za długich statywowych?). Musiałam postawić stolik na trzech pufach i misce, żeby jakoś udało się wepchnąć aparat. Następnie zwinnie wcisnęłam się ja sama z dziwnie odchyloną głową i powyginanymi nogami. Nie ma lekko jak chce się swoje fantazje realizować. W realizacji fantazji udział wzięli: garść gwoździ, śruba, jakieś podkładki okrągłe, małe sitko niewiadomodoczego ubijaczka do mleka i niewiadomego przeznaczenia pędzel z żelaznym kłującym włosem oraz garść innego drobnego żelastwa. To wszystko zgarnęłam na żelaznym i sanitarnym w Brico Depot i rzuciłam na blat wyżej wspomnianego stołu. Po wyczołganiu się spod stołu i rozmasowaniu porażonej skurczem szyi zabrałam się za formatowanie i dopasowywanie flashowego templatu i to już była sama przyjemność. Jak zawsze kiedy robię coś ze zdjęciami, zawiesiłam się na nonstop power-playu, tym razem była to piosenka country o kierowcy który pędzi szosą w dal w swojej dwudziestotonowej ciężarówce (cudowny utwór dla osoby, która nawet nie ma prawa jazdy). Tragiczne jest to że pomimo kilkugodzinnego słuchania ciągle tej samej piosenki nadal nie potrafię jej zaśpiewać. Zaczynam wątpić w swój wszechtalent w każdej dziedzinie. Tę galerię dedykuję wszystkim majsterkowiczom, którzy wbijają gwoździa w ścianę nośną z myślą że "a może jednak będzie się trzymał". Ja, chociaż wiele razy bardziej sobie zaszkodziłam niż zrobiłam dobrze, nadal z uporem maniaka wbijam tego gwoździa, pomimo tego, że takie rzeczy nigdy się nie sprawdzają.
www.aniapia.pl/zelazne/index.htm Oto
jest przyczółek mojej nowej strony. Nowej, bo kiedyś miałam już stronę
pod tym adresem, ale w pewnym momencie wyczerpała mi się formuła i sprawa
umarła śmiercią naturalną. Proces
jest w toku. Kolejka pomysłów, planów jest tak długa, że musiałabym chyba
zrezygnować z roboty (no ale jak to, miałabym komuś oddać mą lukratywną
posadę w amerykańskiej korporacji?) i treningów (no, tylko bez takich
ponurych żartów) żeby je wszystkie wprowadzić w życie (czyli zaimplementować).
|
||||